Pewnego słonecznego poranka wyciagnelismy maszyny z komurki, (Romet T-50-1 i Simson S-51) zastanawialismy sie gdzie pojechac- wpadlismy na pomysl żeby pojechac na staw do Jelcza, odleglos od naszego misteczka to 12 km. Odpallismy maszyny. Jedziemy. Mijamy las, na parkingu przy lesie Vietnamce udają że naprawiają auto i prubuja nas zatrzymać. My wydygani jedziemy dalej. Dojeżdzamy do celu. Jeździmy po dzirach przy stawie i nagle BĘC!!!

urywa sie linak od gazu w romecie, no to mamy dylemata jak wrucić do Oławy. Prubujemy odpalic motor ciągnąc za linke nie pomag. Dopchalismy motor do konca jelcza, mielismy zamiar dopchac az do Oławy, lecz balismy sie skośnokich. Wpadlismy na pomysl cholowania sie. Ale był problem nie mielismy linki, znalezlismy na poboczu worek po nawozie, zawiązalismy sie i ruszamy, po dwuch metrach drogi peka nam worek, szukamy dalej , znaleźliśmy worek po styropianie DALMATYŃCZYK. Przywiązalismy sie i odziwo ruszelismy. Po 200m worek sie odwiazał. zwiazalismy jeszcze raz i jedziemy, Jakos tak wyszło ze szybciej wrucilismy niez pojechalismy Simson szybciej szed gdy ciagnął rometa niz jak romet sam jechal i simson sie toczył zanim. Dojechalismy do miasta i wzbudzilismy wielkie zainteresowanie, wrucilismy do miejsca startu i naprawilismy usterke. THE END
